The vanishing

by Jakobe Mansztajn


The vanishing

I start by stepping out onto the balcony. then say to myself:

at the end of this room there is a balcony. you can try to

exit, get some air, perhaps something more.

inhale, though maybe not. freeze like those bony

railings holding me back. you won't believe it,

but the mercury in gdansk is showing minus thirty.

winter has caught even those most warmly dressed,

even them, which sort of brings us closer together.

 

here in gdansk the deal is this: nothing is

where it ought to be, everything is elsewhere.

you're gone another month, another month

rolling over me like a tank. there was a war,

it's said all the escape routes were gunned down.

I was going to write you, say it's fine now. I walk a lot,

slowly coming to. still trying to catch up on sleep,

only that permanently dripping tap is a little loud.

 

it begins with a vanishing. I don't panic, telling myself:

things are still ongoing. breakfast, studies,

the future. that I can wait, seeing as nothing is

for certain. that I will wait, and when again you fail

to appear, I will go out onto the balcony, searching you

out somewhere between the station and the end credits,

making sure that which hurts, the pebble caught

between toes in a shoe, still feels like some reward

 

© translated by Marek Kazmierski, (Vienna High Life, Off_Press, 2011)

Zniknięcie

zaczyna się od wyjścia na balkon. mówię sobie:

na końcu tego pokoju jest balkon. można spróbować

wyjść, przewietrzyć się, może coś więcej.

pooddychać, chociaż nie. zaziębić się jak te chude

barierki, które mnie trzymają. nie uwierzysz,

ale słupek w gdańsku wskazuje minus trzydzieści.

zima dopadła nawet najlepiej ubranych,

nawet najlepiej ubranych, co jakby nas zbliża.

 

tutaj, w gdańsku, sprawy mają się tak: nic nie jest

na swoim miejscu, wszystko jest gdzie indziej.

nie ma cię kolejny miesiąc, kolejny miesiąc

przewala się po mnie jak czołg. podobno była wojna,

podobno rozstrzelano wszystkie ucieczki.

miałem ci napisać, że już w porządku. dużo wychodzę,

powoli wracam do siebie. próbuję odespać,

tylko ten wiecznie cieknący kran jest za głośno.

 

zaczyna się zniknięciem. nie panikuję, mówię sobie:

rzeczy dzieją się nadal. śniadanie, studia,

przyszłość. że mogę zaczekać, bo nic nie jest

na pewno. że zaczekam, a kiedy znów nie przyjdziesz,

wyjdę na balkon odszukać cię gdzieś

pomiędzy dworcem a napisami końcowymi,

upewnić się, że to, czym bolisz, ten mały kamień

między palcami w bucie, to wciąż nagroda