Ballad

Midday, the mower dies down in the garden.

A snail abandons its shell, to shrivel naked

among the pebbles. As I turn around,

let go from my daughter’s hands, a balloon

slowly descends onto thorns of wild gooseberry.

 

We were a part of this world. Against it

we had our hearts and fists. Like the tap roots

of stubborn trees we held firmly to the ground.

High up to our lips we raised a two-eared jug,

and water went trickling down our necks and chests.

 

God remembered us like this:

multitudinous like the stars,

scattered around like rubbish.

sprinkled about like sand.

© translated by Antonia Lloyd-Jones

Ballada

Południe, gaśnie kosiarka w ogrodzie.

Ślimak porzuca muszlę, by nagi uschnąć

wśród kamyków. Gdy się odwracam,

balon wypuszczony z rąk mojej córki

wolno opada na kolce dzikiego agrestu.

 

Należeliśmy do tego świata. Mieliśmy

przeciwko niemu serce i pięści. Jak korzenie upartych drzew mocno trzymaliśmy się ziemi.

Wysoko podnosiliśmy do ust dwuuszny dzban,

a woda ściekała po szyi i piersiach.

 

Bóg takich nas zapamiętał:

rozmnożonych jak gwiazdy,

rozrzuconych jak śmieci.

Rozsypanych niczym piach.

© Łukasz Jarosz, Pełna krew (Znak, 2012)