Emission

Oh yes, the garden dug up by perfunctory death has overgrown,

although I haven’t noticed anything, I wasn’t home

and, as they say, one should be sorry, we didn’t know each other well,

one should agree with those who did not go out too often,

limitting themselves to an emission of hullabaloo, a hard beat from the dawn on, only fanatics’

speeches, off the wall songs, talks through one’s hat, but it seemed to suit them,

the son and his old mother, out of touch with each other, except for insults.

 

What was left was the weed, flowers pissed on by dogs, a ground floor

flat, run out of steam, sheltered preserves. But still one

can come to an agreement, the shadow of the flowerpot they probably meant.

It all seems to me this way tonight as I’m smoking by the window, littering the garden,

and giving the cheek, more courageous by this pleasant lack I’m getting used to,

I gradually put on a burden, I tread on the traces, between vegetable patches,

I can see where words falls, and where – only the rain.

 

People tend to promise themselves too little in the light

of opportunities. For instance, take these very people. Monsters in love,

affectionate amphibians swarming around the carcass of their own grievances as if the affair was

the brooding of an empty egg, a nest of blood of unknown origins, a kiwi

sent chasing a carrier pigeon. I kept asking, offering,

do kill one another, please, but nobody cared to listen, there was no end to their sreaming,

only now do I understand, lying on my back, no more than a handful of sentences.

© translated by Adam Zdrodowski

Emisja

O tak, zarósł ogród skopany przez zdawkową śmierć,

chociaż niczego nie zauważyłem, nie było mnie w domu

i, jak to się mówi, wypada żałować, nie znaliśmy się dobrze.

Należy przyznać rację tym, którzy nie wychodzili zbyt często,

ograniczyli się do emisji harmidru, rąbanki od świtu, same przemowy

fanatyków, pieśni spod denka paranoi, od czapy, ale widać to im pasowało,

syn i stara matka, bez kontaktu, nie licząc wyzwisk.

 

Zostało z nich zielsko, kwiaty obszczane przez psy, mieszkanie

na parterze, z którego uszła para, zadekowane przetwory. Jednak

można się jakoś dogadać, cieniu donicy, o którą chyba im szło.

Tak mi się wydaje, dziś w nocy, kiedy palę pod oknem, śmiecę do ogródka,

stawiam się, odważniejszy o przyjemny brak, do jakiego przywykam,

stopniowo nabywam ciężaru, twardo stąpam po śladach, między grządkami,

widzę, gdzie pada słowo, a gdzie tylko deszcz.

 

Ludzie obiecują sobie stanowczo za mało w stosunku

do możliwości. Dajmy na to oni właśnie. Kochające się potwory,

czułe płazy obsiadające padlinę własnych pretensji jakby to był

wychów pustych jaj, gniazdo posoki bez źródła, nielot

wysłany w pogoń za pocztowym gołębiem. Prosiłem, proponowałem,

pozabijajcie się, ale nikt mnie nie słuchał, krzykom nie było końca,

dopiero teraz rozumiem, leżąc na wznak, góra parę zdań.

© Krzysztof Siwczyk, Gody (Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, 2012)