LOCUS FOCUS

by Barbara Klicka


LOCUS FOCUS

You were right barely to own up. At a distance your mother is cutting her hair very short again, though she’s still young, though when she visits parks, the ants use her thumbs as smooth ladders.

 

            She waves to your father, in her hand she holds a handkerchief of lignin. Eternal farewell. Daughters are so goddam clever, when they don’t have kids or take a long time to graduate. Not her case, MA and children, virgin birth in action.

 

            But the butterflies from her belly live on distant meadows. Even the word meadow is said here with a light breath – like many other words that never get the right reflections. Creep off to the cellars, to the attics – on heated perches

 

            your a-minor molecule passes the night, girl. In the darkness you shake, in the sun you over-expose these photos. So to rank fears – the word husband clearly goes to the head of the line, and over the head it’s better to draw that wisp of hair,

 

like when you wanted to kiss with some guarantee, but you didn’t have any - I don’t know – charm, courage, fancy frock. Oh, I know – you prefer to stick pins in yourself,

 

because you alone know how far it is to the flowing life for which you’ve no proof. And though I bet you’re lying – you are lying. In some summer park, on a bench in the shade, you’re poking at your eye with the forbidden splinter

 

and nothing changes.

Translated by David Malcolm

LOCUS FOCUS

Miałaś rację ledwie się przyznając. Twoja matka z odległości znów obcina włosy na bardzo krótko, chociaż jest jeszcze młoda, chociaż kiedy chadza do parków, mrówki używają jej kciuków jak gładkich drabin.

 

Macha do ojca, w dłoni trzyma chustkę z ligniny. Wieczne pożegnanie. Córki są takie przemądrzałe, gdy długo nie rodzą i nie kończą studiów. To nie jej przypadek, ma magisterium i dzieci, dzieworództwo w działaniu.

 

 Ale motyle z jej brzucha mieszkają na odległych łąkach. Nawet słowa łąka używa się tutaj na lekkim przydechu - jak wielu innych słów, które nie znajdą nigdy godnych odbić. Zakradaj się do piwnic, na strychy - na zagrzanych grzędach

 

 nocuje twój moll, dziewczynko. W ciemni się trzęsiesz, na słońcu prześwietlasz te klisze. Więc jeśli rankingować strachy, słowo mąż wysunie się wyraźnie na czoło, a przez czoło przecież lepiej jest przeciągnąć kosmyk,

 

 jak wtedy, kiedy przy jakiejś poręczy chciałaś się całować, ale zabrakło ci, bo ja wiem, wdzięku, odwagi, zamaszystej kiecki. Och, wiem – wolisz sama wbijać w siebie choćby wykałaczki,

 

 bo jedna wiesz, jak daleko stąd do płynnego życia, na które nie masz żadnego dowodu. I chociaż zakładam, że kłamiesz – ty kłamiesz. W jakimś letnim parku, na ławce w półcieniach, grzebiesz sobie w oku zakażoną drzazgą

 

i nic się nie zmienia.